Oliver:
Wszedłem do wynajętego przez mnie pokoju. Podszedłem do okna. Nie zauważyłem kiedy otwarły się za mną drzwi i kiedy wszedł Gabriel. Nie odwracając się powiedziałem.
-Miałem też inne powody by zniknąć.- Nie musiałem na niego patrzeć by wiedzieć ,że patrzy się na mnie pytającym wzrokiem.
-Nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę takim jak oni wampirem błękitno krwistym.- mówiąc to kopnąłem stojące obok krzesło. Wiedziałem o co chce zapytać, więc od razu mu odparłem.
-Nie jestem ich biologicznym synem...ani prawdziwym bratem dla niej...
-Jak to?
-Przygarnęli mnie po tym jak moi biologiczni rodzice zginęli w buncie przeciw arystokracji...wzięli mnie tylko dlatego ,że miałem w sobie najwięcej krwi wampira niż ktokolwiek inny z dampirów. Mam 1/2 krwi wampira. Trzy lata po tym jak mnie przygarnęli urodziła się im Scarlet. Wiesz jaka była ich radość?! Chodziły plotki,że nie mogli mieć dzieci i o to mnie przygarnęli a tu taki uśmiech od losu. Mała jest dużo potężniejsza niż ja...A po za tym zbiegiem czasu pokochałem ją nie jak siostrę tylko tak jak bym mógł kiedykolwiek z nią być...Odszedłem bo nie chciałem dłużej dręczyć się tym ,że nigdy nie będzie mnie traktować inaczej jak starszego przybranego brata...A po za tym popełniłem błąd o którym nie chcę gadać. Położyłem się na łóżku i patrzyłem w sufit. Kim ja właściwie jestem? Jestem Oliver Van Tiger... Jestem Oliver-chłopiec który zna arystokracje lepiej niż kto inny z takich jak ja... Jestem...jestem...zdrajcą...jak ja mogę im robić coś takiego po tym jak mnie wychowali?! Jestem jednym wielkim debilnym zdrajcą... nie mogę. Nie wezmę w tym udziału. Nie mogę im tego zrobić...ale nie mogę zdradzić też mojej rasy.
Do głowy przyszły mi wersy ,które Scarlet często kiedyś nuciła.
"Jeśli ja jestem złem to cały świat nie lepszy,
w jakiś dziwny sposób jesteśmy połączeni,
choć nie łączy nas ta sama krew.
Jeśli ja jestem zła to cały świat też."
Powiedziałem je nie zdając sobie z tego sprawy. Po czym pochyliłem głowę i ukryłem ją w dłoniach.
-Wow. Oliver nie wiedziałem ,że lubisz poezje.
-Żartujesz? Nie cierpię jej. Arystokracja za to ją kocha...
Sean:
Byłem w szoku. Odważyli się zaatakować jej cesarską wysokość księżniczkę Scarlet. Dampiry, ludzie i wilkołaki zaczęły stawać się zbyt śmiali. Trzeba na nowo przypomnieć im ich miejsce na świecie i przywrócić stary porządek świata. Nie było na co czekać. Zwróciłem się do podległych mi żołnierzy
-Czarna Gwardia! Marsz na południową granicę wyłapać zamachowców.- wydawałem rozkazy. Odparł mi zgodny chór moich wojowników -Tak jest generale.- Po nim usłyszałem znajomy znienawidzony przedrzeźniający głos -Taaak jeeest geeneeraaleee.-
-Rachael.-powiedziała Scarlet witając się z nim.
-Admirał Cross.-mruknąłem
-Generał Argento.-odmruknął. Mierzyliśmy się wrogimi spojrzeniami. Staliśmy po tej samej stronie i jawne okazywanie nie chęci byłoby wysoce nie taktowne jak to gadają starsi. Na nic się zdały nasze zabiegi kamuflujące naszą wrogość do siebie, Scarlet i tak ją wyczuła.
-Bardzo się cieszę was widząc.- powiedziała z szczerym uśmiechem -Ale czy wy nie powinniście być na froncie?-dodała zdziwiona przyglądając nam się badawczo.
-Powinniśmy...-zaczął Cross
-Ale dostaliśmy przepustki by móc być na bankiecie z okazji twoich urodzin.-dokończyłem. W zasięgu słuchu pojawił się jej gubernator. Scarlet zauważywszy go przeszła na oficjalny ton, którym mówiła tylko gdy w pobliżu był gubernator lub jej rodzice, którzy nie popierali zbytniego spoufalania się z podanymi. Dygnęła jak nakazywał stary zupełnie już nie modny zwyczaj.
-Wasza obecność na moim bankiecie to będzie dla mnie zaszczyt...-powiedziała naśladując ton swoich przodków. Gdy tylko gubernator znikło wróciła do normalnego tonu.
-Heh, ta pieprzona etykieta mnie kiedyś wykończy.- zarzuciła grzywą -O dziwo nie mogę się doczekać powrotu do szkoły. Tam nie muszę odstawiać kolejnego odcinka głupiej telenoweli pod tytułem "Etykieta-to co nudzi współczesną młodzież arystokratyczną"-roześmiała się. -Do zobaczenia na bankiecie.-powiedziała odchodząc i wyjmując swoją komórkę. Przez parę minut staliśmy razem z Crossem w milczeniu.
-No to...-zaczął -Jak tam wojsko pod twoją wodzą na południu?-spytał.
-Dobrze admirale, teraz będziemy przeprowadzać akcje mającą na celu wyłapanie spiskowców. A twoja zachodnia flota?- powiedziałem oficjalnie bo inaczej z nim nie dałbym rady gadać.
-Dokonaliśmy ostrzału zachodniego miasta należącego do klanu wilków, generale.-
-To dobrze.- znów na pare minut zapadała cisza...
Wszedłem do wynajętego przez mnie pokoju. Podszedłem do okna. Nie zauważyłem kiedy otwarły się za mną drzwi i kiedy wszedł Gabriel. Nie odwracając się powiedziałem.
-Miałem też inne powody by zniknąć.- Nie musiałem na niego patrzeć by wiedzieć ,że patrzy się na mnie pytającym wzrokiem.
-Nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę takim jak oni wampirem błękitno krwistym.- mówiąc to kopnąłem stojące obok krzesło. Wiedziałem o co chce zapytać, więc od razu mu odparłem.
-Nie jestem ich biologicznym synem...ani prawdziwym bratem dla niej...
-Jak to?
-Przygarnęli mnie po tym jak moi biologiczni rodzice zginęli w buncie przeciw arystokracji...wzięli mnie tylko dlatego ,że miałem w sobie najwięcej krwi wampira niż ktokolwiek inny z dampirów. Mam 1/2 krwi wampira. Trzy lata po tym jak mnie przygarnęli urodziła się im Scarlet. Wiesz jaka była ich radość?! Chodziły plotki,że nie mogli mieć dzieci i o to mnie przygarnęli a tu taki uśmiech od losu. Mała jest dużo potężniejsza niż ja...A po za tym zbiegiem czasu pokochałem ją nie jak siostrę tylko tak jak bym mógł kiedykolwiek z nią być...Odszedłem bo nie chciałem dłużej dręczyć się tym ,że nigdy nie będzie mnie traktować inaczej jak starszego przybranego brata...A po za tym popełniłem błąd o którym nie chcę gadać. Położyłem się na łóżku i patrzyłem w sufit. Kim ja właściwie jestem? Jestem Oliver Van Tiger... Jestem Oliver-chłopiec który zna arystokracje lepiej niż kto inny z takich jak ja... Jestem...jestem...zdrajcą...jak ja mogę im robić coś takiego po tym jak mnie wychowali?! Jestem jednym wielkim debilnym zdrajcą... nie mogę. Nie wezmę w tym udziału. Nie mogę im tego zrobić...ale nie mogę zdradzić też mojej rasy.
Do głowy przyszły mi wersy ,które Scarlet często kiedyś nuciła.
"Jeśli ja jestem złem to cały świat nie lepszy,
w jakiś dziwny sposób jesteśmy połączeni,
choć nie łączy nas ta sama krew.
Jeśli ja jestem zła to cały świat też."
Powiedziałem je nie zdając sobie z tego sprawy. Po czym pochyliłem głowę i ukryłem ją w dłoniach.
-Wow. Oliver nie wiedziałem ,że lubisz poezje.
-Żartujesz? Nie cierpię jej. Arystokracja za to ją kocha...
Sean:
Byłem w szoku. Odważyli się zaatakować jej cesarską wysokość księżniczkę Scarlet. Dampiry, ludzie i wilkołaki zaczęły stawać się zbyt śmiali. Trzeba na nowo przypomnieć im ich miejsce na świecie i przywrócić stary porządek świata. Nie było na co czekać. Zwróciłem się do podległych mi żołnierzy
-Czarna Gwardia! Marsz na południową granicę wyłapać zamachowców.- wydawałem rozkazy. Odparł mi zgodny chór moich wojowników -Tak jest generale.- Po nim usłyszałem znajomy znienawidzony przedrzeźniający głos -Taaak jeeest geeneeraaleee.-
-Rachael.-powiedziała Scarlet witając się z nim.
-Admirał Cross.-mruknąłem
-Generał Argento.-odmruknął. Mierzyliśmy się wrogimi spojrzeniami. Staliśmy po tej samej stronie i jawne okazywanie nie chęci byłoby wysoce nie taktowne jak to gadają starsi. Na nic się zdały nasze zabiegi kamuflujące naszą wrogość do siebie, Scarlet i tak ją wyczuła.
-Bardzo się cieszę was widząc.- powiedziała z szczerym uśmiechem -Ale czy wy nie powinniście być na froncie?-dodała zdziwiona przyglądając nam się badawczo.
-Powinniśmy...-zaczął Cross
-Ale dostaliśmy przepustki by móc być na bankiecie z okazji twoich urodzin.-dokończyłem. W zasięgu słuchu pojawił się jej gubernator. Scarlet zauważywszy go przeszła na oficjalny ton, którym mówiła tylko gdy w pobliżu był gubernator lub jej rodzice, którzy nie popierali zbytniego spoufalania się z podanymi. Dygnęła jak nakazywał stary zupełnie już nie modny zwyczaj.
-Wasza obecność na moim bankiecie to będzie dla mnie zaszczyt...-powiedziała naśladując ton swoich przodków. Gdy tylko gubernator znikło wróciła do normalnego tonu.
-Heh, ta pieprzona etykieta mnie kiedyś wykończy.- zarzuciła grzywą -O dziwo nie mogę się doczekać powrotu do szkoły. Tam nie muszę odstawiać kolejnego odcinka głupiej telenoweli pod tytułem "Etykieta-to co nudzi współczesną młodzież arystokratyczną"-roześmiała się. -Do zobaczenia na bankiecie.-powiedziała odchodząc i wyjmując swoją komórkę. Przez parę minut staliśmy razem z Crossem w milczeniu.
-No to...-zaczął -Jak tam wojsko pod twoją wodzą na południu?-spytał.
-Dobrze admirale, teraz będziemy przeprowadzać akcje mającą na celu wyłapanie spiskowców. A twoja zachodnia flota?- powiedziałem oficjalnie bo inaczej z nim nie dałbym rady gadać.
-Dokonaliśmy ostrzału zachodniego miasta należącego do klanu wilków, generale.-
-To dobrze.- znów na pare minut zapadała cisza...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz