Scarlet:
Dobiegłam do willi. Oczywiście wszędzie pełno było straży. Ledwo przekroczyłam bramę a pojawił się generał północnej floty czy jak to tam się nazywa. Był od mnie starszy tylko o rok...a generałem był tylko od miesiąca tak samo jak moim prywatnym strażnikiem. Wiedziałam o nim nie wiele. A nasze pierwsze spotkanie do najnormalniejszych nie należało. Jak już wspomniałam było to miesiąc temu. Obudziłam się z mega dziwnego snu o jakiś igrzyskach ,które wygrał wysoki, szczupły ale z widocznymi mięśniami, jasnowłosy chłopak o granatowych oczach. Według tego snu, który po większym namyśle można nazwać wizją miał być on moim ochroniarzem. A ja za żadne skarby nie miałam i nadal nie mam ochoty na żadną ochronę. Więc obudziłam się gdyż zadzwonił mój budzik. Wściekła rzuciłam w piszczące piekielnie wkurzające debilstwo poduszką, po czym nakryłam się cała koudrą. Usłyszałam wtedy kogoś śmiech. Natychmiast wyskoczyłam z łóżka rozglądając się po moim pokoju. Wszystko było normalne oprócz właśnie tego chłopaka z mojego snu a raczej z wizji.
-Kim jesteś?-spytałam ubierając czerwony szlafrok.
-Sean. Sean Argento.-powiedział z uśmiechem -Właśnie dostałem posadę twojego osobistego strażnika i zostałem także jednym z generałów.-dodał wykonując tradycyjny salut wampirów czyli pięści przyłożenie do otwartej ręki.
-Nie jesteś za młody na generała?
-Owszem. Mam 17 lat.
-Ooo czyli o rok starszy jesteś...
-Najwyraźniej-odparł pozbywając się tej durnej etykiety.
-Czy ty czasem nie powinieneś być przed moim pokojem a nie "w"?- zdziwiłam się.
-Większość strażników faktycznie stoi przed pokojami ,ale ja jestem inny.- mrugnął do mnie -Nie mógłbym pozwolić by stało się coś takiej księżniczce gdy jest sama w pokoju.-
Uniosłam lekko kąciki ust
-To znaczy jakiej?
Jego uśmiech stał się łobuziarsko-podrywający.
-O tak anielskim wyglądzie.
Roześmiałam się i machnęłam na niego ręką.
-Kolejny podrywacz.
Skrzyżował ręce. Uśmiech nie znikał mu z twarzy....Tak właśnie miesiąc temu dowiedziałam się ,że mam strażnika. Do najnormalniejszych początku nasz nie należał, ale przy najmniej nie jest kolejnym nudziarzem przestrzegającym idiotycznej etykiety stworzonej przez mojego praprapraprapra dziadka Kaina. Wracając do teraźniejszości to właśnie do mnie podszedł.
-Jak to robisz księżniczko Scarlet ,że wymykasz mi się kiedy tylko chcesz?!- powiedział jak zwykle ze śmiechem. Ja nie mogę ale wesołek.
-Mam swoje sposoby generale Argento.- nie mam pojęcia jak on to robi ale zawsze wywołuje u mnie dobry humor... Spojrzał na mnie badawczo. Po krótkiej chwili się odezwał.
-Doszły do nas informacje ,że dampiry przekroczyły naszą południową granice...
-To prawda. Mieszańcy odważyli się nawet na pojedynczy atak mojej osoby.- powiedziałam lekko zburzona przypominając sobie spotkanie z kretyniałym dampirem.
Gabriel:
Siedziałem razem z Oliverem w jakieś spelunie ,w miejscu zapomniałym przez wampiry albo takie snobistyczne przyzwyczajone do luksusu osobniki jak one nie chciały pamiętać o takich miejscach na swoich ziemiach. Wiedziałem ,że raczej tu nie spotkam tej bezczelnej księżniczki ,ale kto wie czasami nawet arystokracja czy sam królewski ród zapuszczał się tu gdy potrzebował kogoś kto szybko, cicho i bez zbędnego gadania wykona coś co mogło by splamić honor szlachcica albo gdy chcą się kogoś pozbyć bez podejrzeń rzucanych na ich osobę. Nie było jej tu. Przecież to oczywiste ,że córeczka cesarza nie chodzi po takich gównianych miejscach! Ona pasuje do makabrycznie drogich i eksluzywnych i eleganckich restauracji a nie do baru z biednej dzielnicy okupowanego przez różnej maści oprychów. K***a! K***a! I jeszcze raz k***a!!! Czemu ja myślę o wampirskiej księżniczce?
-Gabrielu...Możesz mi powiedzieć jak ona wyglądała?-spytał mnie Oliver raz po raz pijąc piwo z wielkiego kufla.
-No..niższa od mnie o głowę, o apolińskich rysach twarzy, o złotych długich włosach, o oczach lazurowych albo o kolorze bezchmurnego nieba...-wymieniałem mu. Odstawił kufel w połowie pusty otarł usta ręką i powiedział przyglądając mi się uważnie.
-Najprawdopodobniej spotkałeś księżniczkę Scarlet Anabele Megere I. Tak...wygląd faktycznie ma anielski, a duszę nie zawsze miała taką jak to określiłeś diabelską. Daj mi skończyć...Ona odczuwa niechęć do dampirów i wilkołaków po pewnym wydarzeniu...-przerwał i napił się piwa. Wykorzystałem tą przerwę na pytanie -Co się niby takiego wydarzyło?
-Heh, jak już zacząłem to nie dasz mi spokoju póki nie skończę... O tuż 3 lata temu podczas gdy cała rodzina cesarska wypoczywała na Wyspie Inoda Silnego doszło wtedy do niespodziewanego ataku na ich wile letnią w której spędzali letnie miesiące. Ochrona skutecznie odpierała napastników. Walka trwała tylko godzinę. Nie muszę ci mówić ,że wampiry wygrały. Gdy świętowano odparcie i zniszczenie tego małego porywu buntu. Ów czas 13 letnia księżniczka Scarlet odkryła ,że jej brat mający wtedy 16 lat zaginął. Przerwano ucztę. Przeszukano całą wyspę. Przesłuchiwano miejscowych. Księcia nikt nie widział. Wywieszano afisze z jego podobizną, wygłaszano odezwy do narodu, obiecywano wielką nagrodę za odnalezienie dziedzica. Ale to nie dało żadnego efektu... Książę do tej pory nie został odnaleziony. Księżniczka i książę byli dla siebie nie tylko rodzeństwem
ale też najlepszymi przyjaciółmi... Byli nie mal nie rozłączni co rzadko się zdarza przy dzieciach arystokratycznych. Większość walczy między sobą o pierwszeństwo do tronu ale u nich tak nie było. On ją chronił, zapoznawał z dzikim, brutalnym światem przed którym ją chronił , a ona pokazywała mu piękno zapisane w poezji, mądrość przebywającą w każdym...Po prostu anioły i idealne dzieciaki co nie? Ale gdy książę zaginął księżniczka Scarlet wpadła w rozpacz. Tęskniła za ukochanym bratem, który zaginął z winy buntowników. Po jakimś czasie tęsknota i ból po stracie brata przerodziły się w nienawiść do narodów z których pochodzili buntownicy. Trudno się dziwić...że zaczęła nienawidzić dampirów i wilkołaków.- przerwał i znowu się napił. Patrzyłem na mój prawie pełny kufel. Nie wiedziałem ,że to przez to wampiry nas tępią. Przełknąłem ślinę.
-Oliver...Jak nazywał się ten książę?-spytałem. Oliver odwrócił wzrok. Spojrzał na poorany promieniami słońca plac.
-To już od dawna nie ma znaczenia.-odparł biorąc wielki łyk piwa. Spojrzałem na niego. Wiedziałem on coś ukrywa!
-Jestem zmęczony...lepiej jak pójdę do wynajętego przez mnie pokoju...-zaczął wstawać.
-O nie, mój drogi. Nigdzie nie pójdziesz póki nie dokończysz.- nie mal krzyknąłem. Spojrzał na mnie smutno swoimi lazurowymi oczami...tak podobnymi do oczu księżniczki...Usiadł bezszelestnie na krześle. Kurcze jak on to robi? Gdy ja siadam to słyszy to cała knajpa...Unikał mojego wzroku.
-Oliver, jak miał na imię tam ten zaginiony książę...
-Jego imię znaczy "armia elfów".-odparł nie patrząc na mnie. Myślałem głośno.
-Armia elfów...Alfihar...O w mordę!!! Oliver!!! To ty nim jesteś?!- Nie patrzył na mnie.
-Czemu to zrobiłeś? Własnej rodzinie?!- mówiłem patrząc na niego. W końcu przemówił.
-Nie chciałem ale musiałem! Myślisz ,że chciałbym opuszczać moją siostrę ,która tak bardzo mnie jeszcze potrzebowała?! Kiedy ja też jej jeszcze potrzebowałem?! Odszedłem nie z kaprysu...tylko z konieczności. Mój ojciec chciał bym razem z nim zaatakował pozostałe narody...ale ja uważałem i nadal uważam ,że 20 krajów nadal powinno być 20-stoma krajami...niezależnymi i dlatego wykorzystałem bunt i poszedłem razem z żyjącymi buntownikami.- zakończył odchodząc i zostawiając mnie samego.
Dobiegłam do willi. Oczywiście wszędzie pełno było straży. Ledwo przekroczyłam bramę a pojawił się generał północnej floty czy jak to tam się nazywa. Był od mnie starszy tylko o rok...a generałem był tylko od miesiąca tak samo jak moim prywatnym strażnikiem. Wiedziałam o nim nie wiele. A nasze pierwsze spotkanie do najnormalniejszych nie należało. Jak już wspomniałam było to miesiąc temu. Obudziłam się z mega dziwnego snu o jakiś igrzyskach ,które wygrał wysoki, szczupły ale z widocznymi mięśniami, jasnowłosy chłopak o granatowych oczach. Według tego snu, który po większym namyśle można nazwać wizją miał być on moim ochroniarzem. A ja za żadne skarby nie miałam i nadal nie mam ochoty na żadną ochronę. Więc obudziłam się gdyż zadzwonił mój budzik. Wściekła rzuciłam w piszczące piekielnie wkurzające debilstwo poduszką, po czym nakryłam się cała koudrą. Usłyszałam wtedy kogoś śmiech. Natychmiast wyskoczyłam z łóżka rozglądając się po moim pokoju. Wszystko było normalne oprócz właśnie tego chłopaka z mojego snu a raczej z wizji.
-Kim jesteś?-spytałam ubierając czerwony szlafrok.
-Sean. Sean Argento.-powiedział z uśmiechem -Właśnie dostałem posadę twojego osobistego strażnika i zostałem także jednym z generałów.-dodał wykonując tradycyjny salut wampirów czyli pięści przyłożenie do otwartej ręki.
-Nie jesteś za młody na generała?
-Owszem. Mam 17 lat.
-Ooo czyli o rok starszy jesteś...
-Najwyraźniej-odparł pozbywając się tej durnej etykiety.
-Czy ty czasem nie powinieneś być przed moim pokojem a nie "w"?- zdziwiłam się.
-Większość strażników faktycznie stoi przed pokojami ,ale ja jestem inny.- mrugnął do mnie -Nie mógłbym pozwolić by stało się coś takiej księżniczce gdy jest sama w pokoju.-
Uniosłam lekko kąciki ust
-To znaczy jakiej?
Jego uśmiech stał się łobuziarsko-podrywający.
-O tak anielskim wyglądzie.
Roześmiałam się i machnęłam na niego ręką.
-Kolejny podrywacz.
Skrzyżował ręce. Uśmiech nie znikał mu z twarzy....Tak właśnie miesiąc temu dowiedziałam się ,że mam strażnika. Do najnormalniejszych początku nasz nie należał, ale przy najmniej nie jest kolejnym nudziarzem przestrzegającym idiotycznej etykiety stworzonej przez mojego praprapraprapra dziadka Kaina. Wracając do teraźniejszości to właśnie do mnie podszedł.
-Jak to robisz księżniczko Scarlet ,że wymykasz mi się kiedy tylko chcesz?!- powiedział jak zwykle ze śmiechem. Ja nie mogę ale wesołek.
-Mam swoje sposoby generale Argento.- nie mam pojęcia jak on to robi ale zawsze wywołuje u mnie dobry humor... Spojrzał na mnie badawczo. Po krótkiej chwili się odezwał.
-Doszły do nas informacje ,że dampiry przekroczyły naszą południową granice...
-To prawda. Mieszańcy odważyli się nawet na pojedynczy atak mojej osoby.- powiedziałam lekko zburzona przypominając sobie spotkanie z kretyniałym dampirem.
Gabriel:
Siedziałem razem z Oliverem w jakieś spelunie ,w miejscu zapomniałym przez wampiry albo takie snobistyczne przyzwyczajone do luksusu osobniki jak one nie chciały pamiętać o takich miejscach na swoich ziemiach. Wiedziałem ,że raczej tu nie spotkam tej bezczelnej księżniczki ,ale kto wie czasami nawet arystokracja czy sam królewski ród zapuszczał się tu gdy potrzebował kogoś kto szybko, cicho i bez zbędnego gadania wykona coś co mogło by splamić honor szlachcica albo gdy chcą się kogoś pozbyć bez podejrzeń rzucanych na ich osobę. Nie było jej tu. Przecież to oczywiste ,że córeczka cesarza nie chodzi po takich gównianych miejscach! Ona pasuje do makabrycznie drogich i eksluzywnych i eleganckich restauracji a nie do baru z biednej dzielnicy okupowanego przez różnej maści oprychów. K***a! K***a! I jeszcze raz k***a!!! Czemu ja myślę o wampirskiej księżniczce?
-Gabrielu...Możesz mi powiedzieć jak ona wyglądała?-spytał mnie Oliver raz po raz pijąc piwo z wielkiego kufla.
-No..niższa od mnie o głowę, o apolińskich rysach twarzy, o złotych długich włosach, o oczach lazurowych albo o kolorze bezchmurnego nieba...-wymieniałem mu. Odstawił kufel w połowie pusty otarł usta ręką i powiedział przyglądając mi się uważnie.
-Najprawdopodobniej spotkałeś księżniczkę Scarlet Anabele Megere I. Tak...wygląd faktycznie ma anielski, a duszę nie zawsze miała taką jak to określiłeś diabelską. Daj mi skończyć...Ona odczuwa niechęć do dampirów i wilkołaków po pewnym wydarzeniu...-przerwał i napił się piwa. Wykorzystałem tą przerwę na pytanie -Co się niby takiego wydarzyło?
-Heh, jak już zacząłem to nie dasz mi spokoju póki nie skończę... O tuż 3 lata temu podczas gdy cała rodzina cesarska wypoczywała na Wyspie Inoda Silnego doszło wtedy do niespodziewanego ataku na ich wile letnią w której spędzali letnie miesiące. Ochrona skutecznie odpierała napastników. Walka trwała tylko godzinę. Nie muszę ci mówić ,że wampiry wygrały. Gdy świętowano odparcie i zniszczenie tego małego porywu buntu. Ów czas 13 letnia księżniczka Scarlet odkryła ,że jej brat mający wtedy 16 lat zaginął. Przerwano ucztę. Przeszukano całą wyspę. Przesłuchiwano miejscowych. Księcia nikt nie widział. Wywieszano afisze z jego podobizną, wygłaszano odezwy do narodu, obiecywano wielką nagrodę za odnalezienie dziedzica. Ale to nie dało żadnego efektu... Książę do tej pory nie został odnaleziony. Księżniczka i książę byli dla siebie nie tylko rodzeństwem
ale też najlepszymi przyjaciółmi... Byli nie mal nie rozłączni co rzadko się zdarza przy dzieciach arystokratycznych. Większość walczy między sobą o pierwszeństwo do tronu ale u nich tak nie było. On ją chronił, zapoznawał z dzikim, brutalnym światem przed którym ją chronił , a ona pokazywała mu piękno zapisane w poezji, mądrość przebywającą w każdym...Po prostu anioły i idealne dzieciaki co nie? Ale gdy książę zaginął księżniczka Scarlet wpadła w rozpacz. Tęskniła za ukochanym bratem, który zaginął z winy buntowników. Po jakimś czasie tęsknota i ból po stracie brata przerodziły się w nienawiść do narodów z których pochodzili buntownicy. Trudno się dziwić...że zaczęła nienawidzić dampirów i wilkołaków.- przerwał i znowu się napił. Patrzyłem na mój prawie pełny kufel. Nie wiedziałem ,że to przez to wampiry nas tępią. Przełknąłem ślinę.
-Oliver...Jak nazywał się ten książę?-spytałem. Oliver odwrócił wzrok. Spojrzał na poorany promieniami słońca plac.
-To już od dawna nie ma znaczenia.-odparł biorąc wielki łyk piwa. Spojrzałem na niego. Wiedziałem on coś ukrywa!
-Jestem zmęczony...lepiej jak pójdę do wynajętego przez mnie pokoju...-zaczął wstawać.
-O nie, mój drogi. Nigdzie nie pójdziesz póki nie dokończysz.- nie mal krzyknąłem. Spojrzał na mnie smutno swoimi lazurowymi oczami...tak podobnymi do oczu księżniczki...Usiadł bezszelestnie na krześle. Kurcze jak on to robi? Gdy ja siadam to słyszy to cała knajpa...Unikał mojego wzroku.
-Oliver, jak miał na imię tam ten zaginiony książę...
-Jego imię znaczy "armia elfów".-odparł nie patrząc na mnie. Myślałem głośno.
-Armia elfów...Alfihar...O w mordę!!! Oliver!!! To ty nim jesteś?!- Nie patrzył na mnie.
-Czemu to zrobiłeś? Własnej rodzinie?!- mówiłem patrząc na niego. W końcu przemówił.
-Nie chciałem ale musiałem! Myślisz ,że chciałbym opuszczać moją siostrę ,która tak bardzo mnie jeszcze potrzebowała?! Kiedy ja też jej jeszcze potrzebowałem?! Odszedłem nie z kaprysu...tylko z konieczności. Mój ojciec chciał bym razem z nim zaatakował pozostałe narody...ale ja uważałem i nadal uważam ,że 20 krajów nadal powinno być 20-stoma krajami...niezależnymi i dlatego wykorzystałem bunt i poszedłem razem z żyjącymi buntownikami.- zakończył odchodząc i zostawiając mnie samego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz