sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 1

Scarlet:

Szybciej...szybciej do cholery...Nie mogę...nie dam już rady...Biegłam najszybciej jak tylko mogłam. Chciałam uciec od tego co widziałam. Nie można do tego dopuścić, bo w tedy to będzie już koniec. Szybko muszę...ich powstrzymać...powiedzieć by zaczekali do dnia czarnego księżyca. Z zawrotną prędkością pokonywałam dzielącą mnie od domu odległość. Sądzę ,że to jest odpowiedni moment by wspomnieć kim jestem. Nazywam się Scarlet Megera moje imię po hiszpańsku oznacza szkarłat, co jest tak jakby wskazówką do tego kim naprawdę jestem. Pochodzę z szanującego się rodu cesarskiego mającego olbrzymie wpływy na całym świecie. Na razie tyle powinno wystarczyć. Może kiedyś wspomnę o sobie coś więcej. Teraz nie ma na to czasu. Niestety do domu miałam jeszcze daleką drogę a świt już za nie długo...Muszę się pośpieszyć, bo inaczej będę wyglądać jak spalona frytka. Biegłam...słońce już wychodzi za chmur...biegłam...pierwsze promienie dotykają ziemi..biegłam..Byłam coraz bardziej zmęczona. Ale co się dziwić jak przez cała noc nic nie zjadłam z pewnego powodu. Wyraźnie słabłam, ale dalej biegłam. Od małego było mi powtarzane bym nigdy się nie poddawała i ,że nie ma takiej rzeczy której bym nie mogła zrobić czy zdobyć. W ślepą wiarę tej idei nie zwalniałam mimo że czułam się naprawdę źle. Noc całkowicie znikła, zaczął się dzień.... Nagle nogi odmówiły mi posłuszeństwa..
-Cholera!!! Luna za co?!- syknęłam wymawiając imię bogini księżyca. Po krótkiej chwili zdałam sobie sprawę ,że Luna nie była w to zamieszana. Spojrzałam na moje nogi. 
-Co do cholery?!- oplatał je taki hmm nazwę to sznurkiem ( a tak na serio to jakaś broń, której nazwy za Chiny nie znam). -Co za kretyn w tym we mnie rzucił.- marudziłam próbując się uwolnić. Teraz to mogę podziękować swojej przezorności ,że zabrałam okulary przeciw słoneczne...nie będę spaloną frytką. Siłowałam się z tym czymś nawet nie zauważyłam jak podchodzi do mnie jakiś chłopak.
-Nie uwolnisz się z tego tak łatwo.-oznajmił. Spojrzałam na niego z godnościom (na ile jest to możliwe siedząc z związanymi nogami na ziemi.) Uśmiechnęłam się drwiąco... Podszedł bliżej i bez słowa zaczął wyplątywać mnie z tego. Przyjrzałam mu się dokładnie. Wysoki, szczupły, z bronią przypiętą do pasa ,a włosy na 100% farbowane. No błagam kto rodzi się z białymi?! Było od niego czuć ten skażony rodzaj krwi. Lekko się skrzywiłam. Naprawdę, zapach skażonej krwi można porównać do hmm yhgr swądu bagna. Wystarczyło parę sekund bym rozpoznała kim on do cholery jest. Gdy mnie uwolnił przedstawił się.
-Jestem Gabriel Holy...
-A ja Scarlet i nie należę do najmilszych osób więc radzę ci tej sztuczki nie powtarzać...-ostrzegłam go.
-Wkurzasz się o to?
-Nie wcale wiesz.- odparłam sarkastycznie powstrzymując się od wysunięcia w gniewie kłów.
-A to ok.
-Ja nie mogę...tępy jesteś? A z resztą i tak to nie istotne spadam stąd.-wstałam i już miałam na nowo biec.
-Nigdzie nie pójdziesz.-wyciągnął w moim kierunku broń.
-Uważaj...jak zrobisz tym komuś krzywdę a konkretniej to mi, to moi prawnicy się z tobą skontaktują.- powiedziałam z chodząc z celownika. Zaczął zgrzytać zębami. No no no...musiałam go nieźle wkurzyć.
Mamrotał pod nosem bezwładną wiązkę przekleństw. Byłam już z lekka wkurzona. Nie dość, że jestem spóźniona to jeszcze promienie słońca muszą być takie denerwujące i ten dziwak.
-Nigdzie nie idziesz ty mała bezczelna...-znowu wykierował we mnie broń gdy zauważył ,że chcę odejść.
-Doprawdy? A co mi niby zrobisz? Zastrzelisz? Haha...-zaśmiałam się wrednie. Ale kretyn. Jestem jedna z nieśmiertelnych...nie zabije mnie tą zabaweczką. Podszedł bliżej nie chowając broni. Wyraźnie było widać ,że denerwują go moje docinki.
-Kim ty jesteś?
-Nie twój interes.
-Sądzę ,że jednak mój.
-Really?
-Wiem ,że słyszałaś tą rozmowę w lesie. Kim jesteś do cholery! Szpiegiem wampirów?
-Pudło frajerze...
-A w sumie na szpiega to jesteś za pyskata, po twoim zachowaniu sądzę ,że jesteś jedną z arystokracji.
-Blisko.blisko ale jednak jeszcze nie to wieśniaku.
Posyłał mi mordercze spojrzenia
-To co do k***y?! Córeczka cesarza?!
-Może i...
-To wyjaśnia twoje zachowanie....- chwycił mnie za rękę.-Nareszcie wartościowy zakładnik.-dodał.
-No chyba jednak nie.- kopnęłam go tam gdzie go z pewnością za bolało i pobiegłam z maksymalną prędkością w kierunku willi. 

Gabriel:
A to bezczelna wampirza suka! Wstawałem z klęczek, ona już dawno zdążyła zniknąć. Nie powinienem jej odplątywać, łatwiej by było... Ale ze mnie kretyn...Chwila to wszystko przez Olivera. Ja pobiegłem za panną bezczelną a on pewnie udał się coś zjeść pieprzony obżartuch. Nie on teraz tylko się tu pojawi, to mu urządzę takie jedzenie ,że mu się odechce robić przerwy w misji. Otrzepałem się z kurzu. W sumie to po wyglądzie tej dziewczyny to się nie spodziewałem ,takiego zachowania. Apolińskie rysy twarzy okalane przez złote włosy, a do tego jasne jak lazur czy niebo oczy i mleczno biała skóra jak by promienie słońca nigdy jej nie muskały...nic nie zwiastowało tego ,że to jedna z najmroczniejszych nieśmiertelnych. Wydawała się niewiniątkiem i myślałem ,że złapałem nie tą osobę...ale się pomyliłem i przez moje zaślepienie ją uwolniłem. No cóż jak to mówią "Postać anielska, ale dusza diabelska."  Teraz mogłem sobie jedynie co to pluć w brodę bo nie ma szans bym ją dogonił. Wyjąłem komórkę i wystukałem numer Olivera. 
-Gdzie ty do jasnej cholery jesteś?! 
-Ja?- mlasknął -Jak kto gdzie? W barze.- odparł cały czas coś przeżuwając.
-A gdzie miałeś być kretynie?!-spytałem z sarkazmem
-No..-zaczął zmieszany -Z tobą na patrolu?!-
-Dokładnie..
-No zapomniałem...
-Zapomniałeś? 50 raz ?
-yyy no wybacz.
-Wybacz...Wybacz?! Wiesz ty pierdzielnięty obżartuchu ,że przez ciebie uciekła bardzo ważna zakładniczka?!
-Przez mnie? Mnie tam nie było!
-No właśnie. Gdybyś był to by nie omotała  mnie jej nie winna buźka, za którą kryje się nastoletnie uosobienie zła...!-wykrzyczałem do telefonu.
-Młody uspokój się...przepraszam wiem powinienem być z tobą...
-Nie Oliver...tu raczej nie chodzi o ciebie i twoją nie obecność...tylko o mnie i o to jak przyciągała mnie uroda i aura wampirki...-
-Aaaa...czekaj. Gdzie to jesteś?
-Przy granicy południowej.
-Zaraz będę.- rozłączył się

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz